Jak tańczyć na hiszpańskim weselu

Przeglądałam ostatnio nasz album ze zdjęciami i pomyślałam, że napiszę trochę o tym, jak wygląda (może wyglądać) hiszpańskie weselisko. Opiszę konkretnie to, na którym byliśmy. Zacznę od tego, że zdziwiła mnie godzina na zaproszeniu.

– 12:15??? – pytam Alejandra.

Tak, 12 w południe. Bo hiszpańskie wesela dzielą się na dwa rodzaje: las bodas de día (wesela „dzienne”) i las bodas de noche (wesela „nocne”). Te pierwsze zaczynają się w południe, a kończą zazwyczaj o północy, wesela nocne natomiast zaczynają się wieczorem i trwają jeszcze długo w nocy.

Tak więc o rzeczonej 12:15 stawiliśmy się pod Katedrą św. Jana Chrzciciela w Albacete. Przed katedrą rozwinięto czerwony dywan, a łuk wejściowy był bogato ozdobiony kwiatami. Po lewej stronie przed wejściem czekały torebeczki na każdą parę gości. Jedna taka torebeczka zawierała: chusteczki (chyba na otarcie łez), cukierki do ssania (gdyby kogoś gryzło w gardle), butelkę wody, program mszy (korespondujący wykonaniem z zaproszeniem), ryż do obsypania pary młodej przy wyjściu z kościoła i margaretkę. Tak zaopatrzeni weszliśmy zająć miejsca. Kończył się akurat jakiś chrzest i ksiądz musiał poganiać rodziny robiące sobie zdjęcia, żeby nasi młodzi mogli wejść o czasie, ale i tak był delikatny poślizg. Ta 12:15 to była zresztą ściema, bo msza planowo miała rozpoczynać się o 12:30, a ten kwadrans to z przekory – dla spóźnialskich.

W Polsce wiele dziewczyn chce być prowadzonych do ołtarza przez swojego tatę, w Hiszpanii jest tak, że najpierw idzie panna młoda w asyście swojego tatki, a za nimi kroczy przyszły małżonek ze swoją mamcią. Takie równouprawnienie. Msza była bardzo uroczysta, śpiewał wynajęty chór, w programie mszy można było śledzić kolejność pieśni, naprawdę dopracowany detal.

Z takich różnic, które mogą zaskoczyć podczas mszy, wymieniłabym dwie. Pierwsza to to, że obrączki przyszli małżonkowie kupują w tajemnicy przed sobą – ona dla niego, a on dla niej. Rozmiar? Wykonanie? Nie wiem, muszą trafić, inaczej będą kombinować jak w filmie Cztery wesela i pogrzeb. Druga różnica jest taka, że ksiądz podczas mszy święci 13 monet (12 złotych i 1 srebrną), które potem pan młody przekazuje pannie młodej, co ma oczywiście symbolizować wspólne życie w dostatku. Taki zwyczaj na szczęście, nazywa się arras.

Po wyjściu z kościoła młodą parę obsypuje się ryżem, a potem wszyscy pakują się do samochodów albo autobusów, żeby udać się na miejsce weselne. My jechaliśmy wynajętym autokarem za miasto do tzw. finki. Finca to taka wiejska posiadłość, wesela często odbywają się w takich miejscach.

Wesele na którym byliśmy, przypadało na koniec lata, ale było jeszcze bardzo ciepło i dlatego pierwszym etapem przyjęcia było garden party. Rozstawione stoły, przy których luźno stali sobie goście, a między nimi kelnerzy lawirowali z kieliszkami cavy (hiszpańskiego szampana) i coraz to nowszymi tapasami: krewetkami, kanapkami z sarniną, serem manchego, kieliszkami gazpacho, ach… Wreszcie nadjechali młodzi, którzy zostali gromko przywitani przez gości. Pokrążyli trochę między nimi, a było co krążyć – 200 zaproszonych osób. Były także ustawienia do zdjęć, pierwsze sesyjki robione przez fotografów, a potem garden party się kończyło, a zaczynał ten właściwy obiad. Były oczywiście okrągłe stoły i rozpiska, gdzie kto siedzi, a przy każdym stole menu z potrawami i prezenty dla gości. Obok nas był stolik dziecięcy. Oj, dzieciaki to dostawały domki prezentowe ze słodyczami w środku. Nic tylko być dzieckiem na takim weselu! No ale dorosłym w sumie też.

Przy każdym stoliku przy jednym z nakryć leżała opaska na ramię z literą „C” – oznaczała kapitana danego stołu, który był odpowiedzialny za rozkręcanie imprezy. Kapitanowie podrywali się nagle z krzeseł, intonując jakąś pieśń i zachęcając innych do robienia tego samego. U nas obowiązkowo musiał być odśpiewany hymn klubu piłkarskiego Albacete, jako że pan młody jest jego zapalonym fanem. Nie zabrakło też „¡Que se besen!”, czyli takiego „Gorzko, gorzko”, do którego Hiszpanie dodatkowo wywijanie serwetką w powietrzu.

Garden party plus obiad to naprawdę dużo jedzenia. Obiad, od przystawki po deser, był przepyszny, nie będę się rozpisywać, tylko wstawię wszystko na zdjęciach. Jak się zjadło za dużo, to problem, bo sala niedługo po obiedzie była sprzątana. Tak! Nie przesłyszeliście się. Nie ma rezerwacji krzesełek na cały wieczór i zagryzania kolejnego kotleta kawałkiem sernika, o nie. Najadłeś się, to zabieraj swoje manatki i idź na dwór, tam jest sporo miejsca. Przejdź się po patio, po ogrodzie, popodziwiaj okolice. To jest ta jedna rzecz, którą może bym zmieniła, bo brakowało mi takiego mojego kącika, tego malutkiego krzesełka, przy którym mogłabym zostawić marynarkę i torebeczkę. No, może jedna z dwóch rzeczy. Ta druga to brak momentu, w którym składa się życzenia parze młodej. I ja z tą kopertą dla nich tułałam się przez cały wieczór, nie mogąc ich złapać, w końcu dopiero przy samym pożegnaniu wręczyłam im pamiątkę, ale gdybym wiedziała, że tak to będzie wyglądać, to przesłalibyśmy pieniądze od razu na konto, tak jak to teraz większość ludzi robi. Żadne to faux paus, na zaproszeniu jest zwykle podany numer konta bankowego.

Ok, no to wyszliśmy sobie przed salę, a tam w przedsionku otwarte bary, przy których można sobie zamawiać napoje i stoisko ze strojami, gdyby ktoś chciał się przebrać. Później pojawił się także stół słodkości wraz z tortem. Nie, nie tym piętrowym tortem znanym wam z polskiego wesela, który dzieli się na środku sali i każdy dostaje kawałek. W jego miejsce wyobraźcie sobie niepozornej wielkości torcik, który – kto chce – sobie ukroi albo poczęstuje się czymś innym. Hiszpanie nie królują w słodkim, jeszcze o tym osobno napiszę, ale po tak wyśmienitym obiedzie naprawdę niczego nikomu nie brakowało.

No dobra, to sobie stoimy z tymi napojami, kolega przebrany za szeryfa, inny w czapce czarownicy, a DJ gra muzykę. Trwało to może ze 40 minut, po upływie których rozpoczął się… prawdziwy koncert rockowy! Świetna grupa grała na żywo znane kawałki międzynarodowe i hiszpańskie, ludzie bawili się jak na najlepszej imprezie. W Polsce tańczy się w parach, względnie w kółku, tu wszyscy razem obok siebie, tak jak na koncercie właśnie. A co zrobić z alkoholem, skoro nie ma stolików, nie ma gdzie odstawić butelki piwa? Nigdzie, tańczysz z butelką piwa albo szklanką napoju i już.

Zespół grał trzy godziny bez przerwy, aż się ściemniło. Pierwszy autokar powrotny o 22:00 odjechał prawie pusty, wszyscy woleli bawić się dalej. Kiedy skończył się koncert, DJ przejął pałeczkę i rozkręcał dalej imprezę w przedsionku. Goście tańczyli z kuflami i butelkami w ręku, a alko lało się strumieniami po podłodze, że można w nim było pływać, ale nikogo to nie dziwi, zabawa tak tu właśnie wygląda. W końcu dobiegła końca o północy, kiedy autokar zgarnął wszystkich gości i zawiózł do miasta, czy tego chcieli czy nie.

Wspaniałe przyjęcie.

zaproszenie z harmonogramem wesela
ryż do obsypania pary młodej
program pieśni kościelnych
garden party
klops! – zdjęcia dania głównego akurat nie mam
opaska kapitańska (el capitán – kapitan)
¡Que se besen!
patio – to tam za chwilę będzie grane!
tak, to ten tort i słodki poczęstunek
ogród nocą
impreza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *