The Bad Guys – seria, od której nie sposób się oderwać

Moja miłość do The Bad Guys zaczęła się od pierwszego filmu kinowego zatytułowanego po prostu The Bad Guys, po polsku Pan Wilk i spółka. Ogromnie polecam angielski dubbing, dla mnie Sam Rockwell w roli Pana Wilka nie ma sobie równych. Po filmie przyszła oczywiście pora na serial i drugą część filmu.

Historia na opak

Komizm tej produkcji polega na tym, że bohaterowie nie działają ze szlachetnych pobudek i nie czynią dobra, ale przeciwnie – jest to historia złodziejskiej drużyny, której zależy na rozgłosie. Każdy ma tu swoją rolę do odegrania, jest tarantula – hakerka, rekin – mistrz kamuflażu, wąż – łamacz szyfrów, pirania – osiłek i wilk – mózg operacji. Ktoś powie: moje dziecko ma oglądać złodziejską bandę stylizowaną na pozytywnych bohaterów? Pfu! Nigdy w życiu! No ale gdyby to była tylko opowieść o złodziejskiej bandzie, to nikt by tego nie chciał oglądać. To historia o tym, co jest siłą drużyny, co buduje zespół. O tym, że mimo łamania jednych zasad, trzeba mieć jakieś inne i na nich się opierać. I o wewnętrznym rozłamie, kwestionowaniu tego, co się robi, zadawaniu sobie pytań o sens życia. Także jest tam sporo ciekawej treści, no a śmiechu co niemiara. Kto widział, ten wie.

A teraz komiksy

Filmy są teoretycznie adaptacją serii Aarona Blabeya o tym samym tytule. Mówię teoretycznie, bo w praktyce jedno z drugim nie ma nic wspólnego albo baaaardzo niewiele. Postacie są inaczej wykreowane i mają odwrotną motywację: w serialu dążą do bycia najźlejszymi, w komiksie na odwrót – chcą być superbohaterami ratującymi Ziemię i właściwie nie wiem, dlaczego tytuł serii to The Bad Guys, skoro oni sami nazywają siebie Good Guys. Nieważne, to w ogóle powód, dla którego warto sięgnąć po komiksy – bo dostajesz zupełnie inną historię niż się spodziewał_ś.

To, co wyróżnia te komiksy, to superodjechane poczucie humoru autora, pełno tu abstrakcji i dziwnych zwrotów akcji, czyli coś, co tygrysy lubią najbardziej. Jeżeli w dzieciństwie śmieszyły was głupie dowcipy, to jest to komiks dla was. Wiecie, żarty w stylu „Wchodzi facet do windy, patrzy, a tam schody.” Tak, wiem… Czy to w ogóle dowcip? No ale mnie to zawsze intrygowała ta przewrotna odpowiedź, bezsensowność i abstrakcja, bo że jak schody w windzie??? A jednak na takim właśnie poczuciu humoru Blabey opiera swoją serię, posłuchajcie tego: jest sobie kosmita ukrywający się w ciele zwierzątka na Ziemi. Ma ręce w kształcie pupy i 1000 lat na karku, ale na swojej planecie i tak jest dzidziusiem. Albo potwór, który ma piły łańcuchowe zamiast rąk. Albo inny, który, gdy tylko się pojawia, rozbrzmiewa muzyka heavy metalowa. Albo alternatywny świat, w którym rządzą odmienne prawa grawitacji, a dzień zamienia się w noc co minutę. I jeszcze podróże w czasie. Albo… no nie będę więcej spoilerować, jak chcecie więcej, to marsz do książek.

To poczucie humoru moim zdaniem było głównym powodem, dla którego serial tak różni się od komiksu. Bo to, co w książce bardzo się broni, trudno byłoby przełożyć na język filmu. Film, który celuje w mainstream, musi jednak operować bardziej zrozumiałymi schematami, gdyby to zrobić tak jak w komiksach, to z pewnością nie zebrałby masowej publiczności. Uważam, że jedno i drugie cechuje się świetnym wykonaniem, choć bardzo się różnią.

Dla dzieci

Seria Bad Guys to 20 odcinków (episodes), każdy odcinek to jakiś kwadrans do pół godziny czytania, dlatego trudno się od tego oderwać – tak szybko idzie to przewracanie kartek. Czytałam w oryginale i oceniam, że wersja angielska może być fajną przygodą dla kilkunastolatków chcących spróbować swoich sił w czytaniu po angielsku, bo tam naprawdę wypadają po dwa zdania na stronę. Lekka, zabawna lektura. Na początek super.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *