Nasza tak zwana wielojęzyczność, czyli jak to się zaczęło

A to było tak. Dawno temu, kiedy Pani Krewetka poznała Pana Krewetkę, nie wiedząc jeszcze, że założą kiedyś rodzinę, wydawało jej się, że trochę zna hiszpański i zaproponowała konwersację w tym języku. Ich dialog wyglądał, jak następuje:
On: ¿Cómo te llamas?
Ja: Bien, gracias. ¿Y tú?
czyli:
On: Jak masz na imię?
Ja: Dobrze, dziękuję. A ty?
No i tyle z tego dialogowania po hiszpańsku, pozostali przy angielskim. Potem, gdy Pan Krewetka przyjechał do Poznania i widywali się regularnie, ten angielski cały czas był dominantą przeplataną z hiszpańskim, a do tego doszedł oczywiście polski. No bo jak tu nie mówić po polsku, kiedy się mieszka i pracuje z Polakami? Alejandro to zresztą ambitny gość, zapisał się na prywatne lekcje polskiego i studiował polszczyznę popołudniami w swoim zaciszu, a ponieważ w przeszłości brał lekcje chińskiego (sic!), wymowę miał całkiem niezłą, wszystkie te „sz”, „cz” przychodziły mu z łatwością. No a gdy poznał moją rodzinę, wszystkie ciocie, wujków, kuzynów i sąsiadów, to oczywiście nie miał wyjścia – musiał sobie radzić. Pamiętaj, cudzoziemcze, pośród polskiej gawiedzi – gdy tylko raz odpowiesz na pytanie Polaka po polsku, od tej pory nikt już nie będzie silił się na angielski albo język gestykulacji! Odtąd każdy będzie do ciebie mówił swoim tempem (bardzo szybko), zakładając, że go rozumiesz. Jeżeli jesteś łasy na komplementy, zawczasu opanuj wymowę zdania „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie” – z pewnością ktoś każe ci je powtórzyć, a gdy ci się to uda, wykrzyknie ze zdumienia: „Ale on ładnie mówi po polsku!”
A więc kiedy w naszej rodzinie przyjęto, że „on mówi”, każdy miał oczywiście swoją serię pytań o to, jak to jest w Hiszpanii z tą korridą, czy lubi szynkę serrano albo jak się mówi „pies” po hiszpańsku. „Perro? A pies to stopy? Ale śmiesznie.” Zatem polski szybko wszedł mu w krew, a mnie cieszyło, że mogę go zostawić z kimś sam na sam i się dogadają.
Potem odbył się nasz ślub, a kilka miesięcy później wybuchła pandemia. Postanowiliśmy, że to jest ten moment, w którym chcemy wyjechać do Hiszpanii. I tak też zrobiliśmy – w sierpniu 2020 byliśmy już w Albacete i tak zaczęła się z kolei moja przygoda z hiszpańskim na poważnie.
Lubię się sama uczyć, więc codziennie spędzałam nawet kilka godzin na nauce: korzystałam z Duolingu, czytałam książki i słuchałam audiobooków, oglądałam filmy i programy telewizyjne, a konwersacje ćwiczyłam z rodziną mojego męża. Wkrótce zapisałam się także do wolontariatu, na który uczęszczałam dwa razy w tygodniu, gdzie poznałam nowych ludzi, osłuchiwałam się ze słownictwem i akcentami. Moim początkowym doświadczeniem było to, że kiedy mówiłam, ludzie bardzo mrużyli oczy, wiecie, tak jak mówisz coś do kogoś, a on cię nie rozumie. Miałam ambicję opanować hiszpański do takiego poziomu, przy którym ludzie przestają mrużyć oczy i nie pytają „¿Qué?” Myślę, że udało mi się to osiągnąć w kilka miesięcy. Kiedy jesienią 2021 rodziłam naszego pierwszego syna, to na luzie gadałam już sobie z pielęgniarkami w szpitalu.
Na świat przyszedł Marcos i oczywiste było dla mnie, że będę mówić do niego po polsku. Wiedziałam, że ode mnie zależy, czy dziecko uzna ten język za naturalny do komunikowania się ze światem, bo z nikim innym nie mógł go ćwiczyć. Hiszpańskim był oczywiście otoczony, ale miał też dostęp do angielskiego, bo razem z mężem nigdy z niego nie zrezygnowaliśmy. Od początku był naszym językiem komunikacji i obydwoje lubimy się w nim wyrażać.
Także trzy języki cały czas były u nas w grze, a ponieważ nie podjęłam pracy, Marcos spędzał ze mną całe dnie i myślę, że polski był przez jakiś czas jego pierwszym językiem. Do momentu aż zaczął przedszkole, w dodatku dwujęzyczne, w którym codziennie część lekcji odbywa się po angielsku. W przedszkolu spędza czas od 9 do 17, co oczywiście musiało się przełożyć na płynność mówienia po hiszpańsku, dlatego tym bardziej się cieszę, że tak bardzo postawiłam na polski w jego pierwszych latach życia, kiedy dużo mu czytałam, tłumaczyłam słowa po polsku na spacerze, powtarzając je kilka razy i każąc po sobie powtarzać.
Marcos bez przeszkód porozumiewa się z polską rodziną i przełącza się między językami. Mówi po polsku z hiszpańskim akcentem i źle odmienia wyrazy, ale ma bogaty zasób słownictwa i, jak na czterolatka, mówi płynnie. Najważniejsze jednak, że mówienie po polsku jest dla niego czymś w 100% naturalnym, jest językiem, w którym lubi się wyrażać i okazywać emocje. Bardzo mnie to cieszy. Oprócz tego mówi także płynnie po hiszpańsku, a po angielsku – trochę, ale sporo rozumie, od jakiegoś czasu, kiedy słyszy, jak rozmawiamy po angielsku, powtarza na głos, co mówimy albo zwyczajnie się wtrąca!
Teraz jest nas już czwórka i wiem, że to samo zadanie oswajania z językiem czeka mnie z Leosiem. Marcos mówi do niego tylko po polsku, jestem ciekawa, czy to się z czasem zmieni.
Wielojęzyczność w przypadku naszej rodziny nigdy nie była opcją, zawsze była oczywistością, bo zawsze była czymś naturalnym. Z mężem na początku znajomości rozmawialiśmy po angielsku i tak już zostało, nigdy nie przeszliśmy na hiszpański ani na polski, choć bardzo często przełączamy się między językami, szczególnie ja. Kwestię języka traktujemy zresztą bardzo na luzie, dopasowując go do swoich potrzeb i myślę, że to jest w tym najważniejsze.